• Wpisów:285
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 16:20
  • Licznik odwiedzin:28 261 / 1910 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Co mam tu wstawiać ? Dalsze rozdziały o Katherine Wood czy może jakieś nowe opowiadanie ? A może przerwać pisanie ? Ja tam mam tego pełno, ale wybór należy do was, bo to wy to czytacie.

P.S. Opowiadanie o The Original usunęłam i w zmienionej formie będę pisać na innym blogu. Chętnych zapraszam do czytania i komentowania -
http://mikaelsonfamily.blogspot.com/
  • awatar Gość: O Katherine!
  • awatar Gość: O Katherine!Proszę!
  • awatar Joł zią ♥ !: Nie przestawaj pisać ! Ale ja osobiście jestem za jakiś nowym opowiadaniem, bo te to nie moje klimaty ;]
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Trzeba przyznać, że byłam strasznie negatywnie nastawiona do tego dnia, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. W szkole chłopaki się nie skapnęli, że mam urodziny, więc ani razu mnie nie zlali xD
W domu cudownie - Przyszła ciocia i sobie porozmawiałyśmy, pogadałyśmy i obgadywałyśmy kilka osób, ale ciii my jesteśmy grzeczniutkie.
Potem doszła Aga, kochanie wiem, że to czytasz ♥
Na próbie dziewczyny śpiewały mi "sto lat", a już myślałam, że mi się upiecze. Nie lubię tego, bo nigdy nie wiem jak się zachować, ale było milutko : D
Jedynym minusem był brak Agaty...Ty to przeczytasz na pewno, więc już teraz ci tu piszę, że czekam, aż mi to wynagrodzisz. Na przykład w weekend na "niespodziankowym" spotkaniu xD
A więc dzień oceniam pozytywnie, już dawno nie miałam tak miłych i przyjemnych urodzin. Wzbogaciłam się za wszystkie czasy i jeśli mój ojczulek nie raczy mi w końcu kupić nowego laptopa to będę musiała zrobić to sama -.-
Tymczasem jutro czeka mnie 7 lekcji co przeżyć będzie ciężko, ale już blisko do piątku i nowego odcinka TVD ! ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Dzień Kobiet udany, nie ma co. Zaczęło się od 5 lekcji w szkole, gdzie najpierw miałam dobry humorek, a potem mi to niewdzięczni chłopacy trochę zniszczyli. Ale kit z tym, bo na 18 miał być Dzień Kobiet w Miejskim Ośrodku Kultury i ja miałam występować (należę do zespołu tanecznego - AERO). Tak się złożyło, że akurat moje dwie przyjaciółki przyszły, więc poprawiły mi humor. Taniec i śmiech z dziewczynami, a co najważniejsze...Występ chłopaków z zespołu "Furiaci". 4 chłopaków...awww Paweł i Maciek ♥
Przeszło nam już troszku jaraniem się z nimi, ale mam szansę ich jeszcze zobaczyć na jakimś turnieju hihi ! Umięśnione klaty, wzrok Pawła i to, że był obok mnie na wyciągnięcie ręki...Żeby mi się to tylko nie przyśniło, chociaż...: D
A teraz coś na środę wymyślić trzeba i będą najlepsze urodzinki ever ! ♥
P.S. Jutro idę do fryzjera na zmianę wizerunku. Mam dość oklepanych, długich włosów w stylu Eleny z TVD. Potrzebna jest mi zmiana, oby tylko wyszła na dobre !

Tak, tak zaczynam trochę pisać o swoim marnym życiu, bo nie mam ciekawszych pomysłów na tego bloga xD
  • awatar Joł zią ♥ !: Pisanie o życiu czasem jest ciekawe ;d . A raczej czytanie takich rzeczy ^^ . I dobrze, że ten dzień miałaś udany, chociaż każdy powinien taki być ; )
  • awatar sweet♥paradise: @Vanilla. †: Ciężko wyłapać kogoś kto mieszka w innym mieście, jest starszy i widuje się go jedynie na turniejach, ale dziękuje :D
  • awatar Vanilla.†: Chociaż dla jednej Dzień Kobiet był udany. :D Życzę ci powodzenia z tym Pawłem, wyłap go tam jakoś. :D Piszę opowiadanie, więc jak masz ochotę poczytać i ocenić, to zapraszam. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (15) ›
 

 
Katherine szła pustym szkolnym korytarzem. Było zimno, wiał leciutki wiatr mimo braku okien. Katherine serce biło jak szalone ze strachu. Po chwili wyszło na jaw to, co tak bardzo ją przestraszyło. Wokół Katherine zrobiła się mgła i zaczęła po pomieszczeniu latać nie duża, skumolowana masa powietrza. Następne chwile były wyczekiwaniem na to co się stanie, aż w końcu wszystko ucichło, a z mgły wyjawiła się kobieca postać.
-Kaaatherineee..... - odezwała się spokojnym, bezbarwnym głosem. - Nie jesteś tu bezpieczna.W Hogwarcie jest szpieg, który chce zrobić ci krzywdę. Uważaj na siebie.
Samantha Wood znów zmieniła się w masę powietrza i przeniknęła przez ciało Katherine, której zrobiło się strasznie zimno. W tej samej chwili, gdy miała zemdleć obudziła się we własnym dormitorium. Przez odsłonięte okna było widać płatki śniegu spadające powoli na białe już błonie.
-Zły sen ?
Katherine aż drgnęła na dźwięk znajomego głosu. Na podłodze siedziała Lena wpatrzona w krajobraz za oknem.
-Raczej bardzo dziwny. - odparła Katherine zsuwając nogi z łóżka. - Co ty tu jeszcze robisz ?
-Pociąg odjeżdża dopiero za 2 godziny. Postanowiłam spędzić ten czas na podziwianiu widoków. Czyż Hogwart nie jest piękny ? ....O, to chyba Kevin. Jakiś smutny siedzi.
Lena zaczęła szperać w swoim plecaku, a Katherine zerwała się zajmując jej miejsce. Spojrzała przez okno. Przy jeziorze siedział Kevin rzucając kamieniami w talfę lodu pokrywającą zbiornik wodny.
-Nie chcę być wścibska, ale chyba powinnaś z nim porozmawiać. - rzekła Lena wręczając Katherine małe pudełeczko. - W końcu to twój przyjaciel.
I zniknęła wybiegając tanecznym krokiem. Katherine ubrała ciepłe ubrania, a następnie wyszła na dwór. Po chwili doszła do Kevina siedzącego nieruchomo na jednej z zasp. Usiadła obok niego.
Kevin ani drgnął wciąż wpatrzony w jezioro. Katherine również się nie odzywała. W końcu Kevin przemówił smutnym głosem :
-Dzisiaj jest rocznica śmierci moich rodziców. Oboje zginęli w Wojnie Czarodzieii. Niedawno, gdy okazało się, że jednak Samantha Wood żyje odzyskałem nadzieję, ale to nie realne. Było dużo świadków ich śmierci.
-Przykro mi...Do kogo więc jedziesz na Boże Narodzenie ?
-Moi rodzice powieżyli mnie pod opiekę ciotki i wujka u których przez dotychczasowe lata mieszkałem. Wolałbym zostać w Hogwarcie, ale nie chcę im zrobić przykrości.
Katherine postanowiła wykonać miły gest, gdyż nie wiedziała jak go pocieszyć. Położyła swoją dłoń na ręku Kevina, co spodowano, że zwrócił na nią wzrok.
-Wesołych świąt Kevin.
-Wesołych świąt Katherine.
Wymienili ze sobą szczere uśmiechy i śmiało można powiedzieć, że ta krótka rozmowa była oficjalnym zawiązaniem między nimi ogromnej przyjaźni. Półtorej godziny później Katherine stała przy drzwiach zamku machając Kevinowi na pożegnanie, który wraz z resztą uczni ruszył w stronę ekspresu. Ryan jako, że był obrażony na Katherine to nawet nie zwrócił na nią uwagi, ale udało jej się dosłyszeć jak Ryan szepce coś do Kevina co brzmiało w stylu "chyba nie powinniśmy jej zostawiać samej".
Kolejne dni minęły bardzo wolno, ale w końcu nadszedł dzień upragniony przez wszystkich. Katherine obudziła się gwałtownie znów męcząca przez ten sam dziwny sen. Zwlokła się z łóżka i zauważyła na podłodze kilka paczek z prezentami. Wszystkie były dla niej. Zaczęła więc wszystko po kolei rozpakowywać zastanawiając się od kogo mogła tak dużo prezentów dostać. Pierwsze pudełko było od rodziców Katherine i zawierało bombonierkę z mugoskimi czekoladkami oraz aparat fotograficzny z dołączoną karteczką "Pokażesz nam zdjęcia szkoły, gdy wrócisz". Drugi prezent to czekoladowe żaby i fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta. Od Ricka i Ryana Katherine dostała omdlejki grylażowe, musy-świstusy oraz gigantojęzyczne toffi. Ostatnie już, największe pudełko nie miało podpisu. Katherine otworzyła go. Na jakiejś płachcie i kawałku pergaminu leżała mała karteczka, na której było napisane "Sami i Greg zostawili to u mnie. Myślę, że ci się przyda." Katherine zdziwiła się, ale mimo wszystko ze spokojem podniosła prezent, który wyglądał jak zwykły kawałek pergaminu. Myśląc, że to musi być jakaś pomyłka znów złapała za kartkę, z której w mgnieniu oka zniknął wcześniejszy napis. Pojawił się bowiem nowy "Wystarczy najpierw powiedzieć 'Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego', a jak ci już nie będzie potrzeba to powiedz 'koniec psot'" To wydawało się tak dziwne, że Katherine myślała, że nic bardziej nienormalnego spotkać jej nie może. Wzięła różdżkę i przytknęła ją do pergaminu.
-Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.
Na pergaminie pojawiły się słowa "Mapa Huncwotów". Katherine otworzyła pergamin i ujrzała małe rysunki przedstawiające wszystkie pomieszczenia w zamku. W Wielkiej Sali znajdywały się małe ślady z podpisami nauczycieli i kilku uczniów. To znaczyło, że śniadanie już się zaczęło.
-Koniec psot.
Mapa znów stała się zwykłym kawałkiem pergaminu. Katherine schowała ją pod poduszkę. Ubrała się i już chciała iść na śniadanie, gdy nagle wpadła na pudełko od tajemniczego dawcy. Wywróciła się, a płachta poleciała tuż na nią. Katherine wstała cała przykryta dziwną płachtą. Spojrzała na lustro i aż odskoczyła zdziwiona, gdyż nie zobaczyła w nim swojego odbicia. Złapała za skrawek płachty, ściągnęła ją i teraz patrzyła na swoje lustrzane odbicie. Znów złapała za kartkę, której napis tym razem głosił "To peleryna niewidka. Dzięki niej jest się niewidzialnym".
Kimkolwiek była osoba, która wysłała jej te dwa wyjątkowe prezenty musiała być kimś na prawdę fajnym. Katherine schowała pod łóżko pelerynę i z uśmiechem ruszyła do Wielkiej Sali. Była szczęśliwa, że dostała tak cudowne podarunki. Zapominając całkowicie o samotności myślała jedynie o Mapie Huncwotów i Pelerynie niewidce czekających na nią w jej dormitorium. Weszła śmiało do Wielkiej Sali i spoważniała widząc wpatrzone w nią oczy. Wielka Sala była ustrojona bardzo świątecznie i nastrojowo. Po stołach nie było śladu, był tylko jeden na środku.
-Dzień dobry.
Katherine zajęła miejsce przy profesor McCaurtney. Przy stole siedziało najwyżej 10 uczniów i profesor Garfield, Gryffiths, Powell i Clark. Ten ostatni zmierzył Katherine posępnym wzrokiem, a następnie powrócił do rozmowy z dyrektorem Malarkey'em.
-Może naleśnika, Wood ? - spytała profesor McCaurtney wystawiając talerz pod nos Katherine. - No częstuj się.
-Dziękuje.
-Pani profesor sprawdziła pani już nasze sprawdziany ? - spytała Heather Hayes, uczennica Hufflepuffu, największa szkolna prymuska i luzuska. - Wydaje mi się, że napisałam najlepiej z całej klasy, a może i całego rocznika.
-Hayes błagam, nie w święta.
Katherine ledwo się powstrzymała, by nie wybuchnąć śmiechem i przy okazji nie opluć wszystkich naleśnikiem.
-Co cię tak trapi Brandon ? - spytał dyrektor Malarkey odrywając się od nudnej rozmowy z profesorem Gryffiths, który był mistrzem zanudzania ludzi na śmierć. - Coś się stało ?
-Nieee nic... - odparł sennym głosem Brandon Coolidge, a następnie dodał bardziej żywiołowo. - Czytałem Proroka Codziennego. Znów widziano Samanthę Wood tym razem w Hogsmade. Przecież to blisko zamku, może nas odwiedzi !
Tym razem Katherine zaczęła krztusić się, ale nie ze śmiechu tylko ze zdziewienia i strachu, bowiem przypomniała sobie swój dziwny sen. Może był proroczy ? Może Samantha na prawdę chciała ją przed czymś ostrzec ?
-Ależ to dobra wiadomość Brandon. - rzekł spokojnie dyrektor spoglądając z nieufnością na profesora Gryffiths. - Miło było by ją zobaczyć. A tymczasem co pan mówił, profesorze Gryffiths ?
I tak każdy był pochłonięty rozmową. Profesor Gryffiths zanudzał dyrektora jakimiś historyjkami, ale ten wydawał się tym zafascynowany. Widać potrafił bardzo dobrze grać. Profesor McCaurtney rozmawiała zacięcie z profesor Garfield. Tej pierwszej co chwilę próbowała przeszkodzić Heather Hayes, ale nauczycielka wciąż ją zbywała najzwyczajniej ziritowana jej dziecinnym zachowaniem. Clark właśnie łypał groźnie spod łba na Paula Bailey'a za to, że wywrócił talerz z ciastkami. Wszyscy byli zajęci, więc nikt nawet nie zauważył jak Katherine cicho wyślizgnęła się z sali. Szybko znalazła się w swoim dormitorium skąd wzięła swoje prezenty gwiazdkowe. Narzuciła na siebie pelerynę niewidkę i trzymając w rękach Mapę Huncwotów zeszła z wieży Gryffindoru.
-Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.
Mapa ukazała swoją zawartość. Katherine idąc przez korytarz widziała niedaleko w klasie jakiegoś ducha obijającego się o ściany. W Wielkiej Sali nadal było pełno ludzi, co nie znaczy, że reszta zamku była pusta. W swoim gabinecie siedziała profesor Cleveland wraz z uczennicą Gryffindoru Victorią Morgan. Obydwóch Katherine nie widziała na śniadaniu. Zaczęła więc przeglądać resztę zamku i stanęła nagle jak wryta widząc stópki w pokoju Gryffindoru nad którymi wisiały słowa "Lena Roosevelt".
-Przecież Lena wyjechała na święta.
Odezwała się nieśmiadomie na głos przez co postacie w portretach drgnęły wystraszone nie wiedząc skąd dobiega dźwięk. Katherine zawróciła w stronę wieży Gryffindoru. Przed dojściem do wejścia zdjęła pelerynę niewidkę.
-Koniec psot.
-Co ty tam mówisz ? - spytała Gruba Dama patrząc na ręce Katherine, w których trzymała pergamin. - To nie jest hasło kochanieńka.
-Tak wiem. Świąteczny pudding.
Obraz otworzył się ukazując pokój wspólny Gryffindoru. Katherine weszła do niego. Zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu Leny. Po chwili wejście znów się otworzyło i do salonu weszła Victoria Morgan trzymając w ręku butelkę z sokiem.
-Cześć Katherine. Nie pojechałaś na święta do domu ?
-Nie. Wolałam zostać w Hogwarcie.
-Ja tak samo. Spóźniłam się na śniadanie. Gdy przyszłam Wielka Sala była pusta więc mam jedynie ten sok. Napij się jak chcesz, jest bardzo pyszny.
Zniknęła wchodząc po schodach do dziewczęcego dormitorium. Katherine spragniona napiła się soku i w tej samej chwili doznała olśnienia. Po pierwsze Katherine jeszcze kilka minut temu widziała Victorię w gabinecie profesor Cleveland i dziewczynka na pewno nie zdążyła by tak szybko dostać się do Wielkiej Sali i wrócić na wieżę Gryffindoru. Po drugie w Wielkiej Sali wciąż znajduje się kilka nauczycieli i uczniów, bo przecież Katherine widziała ich na mapie. Katherine ruszyła do dormitorium wyjaśnić to z Victorią. Jednak gdy tylko wspięła się po schodach zaczęło jej się kręcić w głowie. Położyła się na łóżku i ostatnim co widziała to Victoria pochylająca się nad nią z nożem w ręku. Katherine zasnęła.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Cud, że udało mi się w końcu coś napisać. Brak weny kompletny, ale może to i lepiej. I tak nikt tego nie czyta, nie komentuje przez co nie mam motywacji. A więc po co się produkować ? Zawieszę bloga pod względem opowiadań albo zamienię na jakiegoś funpage'a czy opisowego lub Bóg wie co. Lub zostawię go nie ruszonego i może wrócę za parę miesięcy albo nigdy. Trudny wybór, nieprawdaż ?
  • awatar Gość: Super!
  • awatar My dreams, my life: Ej no! Jest jeszcze jedna możliwość! Pisać dalej! :) Bo TO jest świetne :) I robi się coraz ciekawsze. A Katherine z Kevinem są tacy słodcy *-* To jest coś innego i ludzie muszą się przekonać do tego opowiadania :))
  • awatar Ciasteczka <3: Ja bym komentowała ale poprzedni tydzień mnie nie było i teraz trzeba wrócić do szkoły więc znowu nie ma jak siedzieć na komputerze. Jak będę miała czas to skomentuje
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Zostałam otagowana przez http://byonaa.pinger.pl/m/17820558

*Pytania i moje odpowiedzi* :
1. *Jaki masz znak zodiaku?*
Ryby
2. *Co lubisz najbardziej jeść?*
Dużo tego...Uwielbiam owoce. Latem pochłaniam kilogramami truskawki lub arbuzy, a tak to lubię sobie też czasem pojeść mandarynki, pomarańcze, jabłka bądź ananasy z puszki. Banany i pomelo też od czasu do czasu.
3. *Jaka jest twoja ulubiona czekolada?*
Biała i mleczna z małymi kawałkami orzechów ♥ Kilka lat temu trafiłam na pyszną kokosową, ale do tej pory jeszcze jej nie znalazłam...
4. *Jakiego koloru są twoje oczy?*
Zielone/niebieskie/szare/piwne...Ciężko określić, bo zmieniają się 20 razy na dobę : )
5. *Masz jakieś zwierzątko? Jakie?*
Nie mam...Chyba, że siostra i jej ojciec też się liczą : D
6. *Jaka jest twoja pierwsza myśl po przebudzeniu?*
"Proszę, jeszcze chociaż 5 minut" lub "Ale mi się nie chce iść do tej szkoły chcę weekend !"
7. *Masz rodzeństwo?*
Yep.
8. *Ulubiony aktor i aktorka?*
Zdecydowanie z panów to Johnny Depp ♥ Ryan Gosling i Reynolds ♥ Orlando Bloom ♥ Hugh Grant ♥ A z paniami o wiele trudniejszy wybór, ale niech będzie, że Kate Hudson, Candice Accola, Rachel McAdams, Anne Hathaway, Jennifer Aniston, Scarlett Johansson, Kate Winslet.
9. *Rodzaj muzyki jakiej słuchasz?*
Mówiąc "wszystkiego po trochu" nie skłamałabym, gdyż z prawie każdego rodzaju mam piosenkę, która mi się podoba. Na ogół jednak trzymam się rocku, metalu bądź popu.
10. *Podaj ulubioną piosenkę/piosenki.*
Ed Sheeran - Give Me Love
Imagine Dragons - Radioactive

*Otagowani przeze mnie* :
http://majeczka244.pinger.pl/
http://izzbela.pinger.pl/
http://viiolettx3.pinger.pl/
http://paulwesley.pinger.pl/
http://muris.pinger.pl/
http://zwariowane99.pinger.pl/
http://temperance.pinger.pl/
http://damonsalvatore.pinger.pl/
http://owocova11.pinger.pl/

*Pytania ode mnie* :
1. Jaka jest twoja ulubiona pora roku ?
2. Czego nie możesz się doczekać ?
3. Bez czego nie potrafiłabyś żyć ?
4. Film godny polecenia ?
5. Książka godna polecenia ?
6. Jakim cytat zapadł ci w pamięci ?
7. Ulubiony owoc ?
8. Czym zajmujesz się w wolnym czasie ?
9. Twoje hobby ?
10. Czego brakuje ci do pełnego szczęścia ?
 

 
Pomysł Katherine okazał się trochę trudniejszy do zrealizowania niż jej się początkowo wydawało. Kto wie dlaczego akurat z profesor McCaurtney chciała porozmawiać. Może powodem był wiek nauczycielki...Przecież musiała już uczyć wtedy, kiedy państwo Wood uczęszczali do szkoły. Katherine bardzo chciała się czegoś więcej dowiedzieć, ale prześladował ją pech. Za każdym razem, gdy po lekcji chciała porozmawiać z profesor McCaurtney ta od razu wychodziła szybko usprawiedliwiając się dużą ilością obowiązków. To musiało mało się mijać z prawdą, bo profesor McCaurtney rzadko była widywana na wspólnych posiłkach czy korytarzach. Jako zastępca dyrektora miała dużo zajęć, a do tego dochodziła rola nauczycielki oraz, jak głosiły plotki, miała wyznaczone zajęcie w Ministerwie Magii. Tak się więc złożyło, że okazja do porozmawiania z nią zdarzyła się dopiero w połowie października w dniu pierwszego w tym roku meczu guidditcha.
-Wood, jestem opiekunką Gryffindoru ! Nie mogę się spóźnić na mecz ze Slitherinem ! - rzekła ostrym głosem. - Porozmawiamy innym razem.
-Ale pani profesor, czekam już od dłuższego czasu. Niech mi pani powie... - zawahała się upewniając się czy już wszyscy wyszli z klasy. - Uczyła pani małżeństwo Wood ?
-Samanthe i Gregorego ? Oczywiście. Już wtedy byłam opiekunką domu, do którego trafili. Dlaczego o nich pytasz ?
-Jestem z nimi spokrewniona i chciałabym trochę się o nich dowiedzieć. Książka o wojnie czarodziejów mało mówi...
-Za tą ciekawość powinni przyjąć się do Slytherinu ! - odparła zdenerwowana, ale po chwili dodała już milszym głosem. - Samantha była moją ulubioną uczennicą i nie jest mi łatwo o tym mówić. Była bardzo dobra i uczciwa. Gregory niby też taki był, ale bardziej lubił się wygłupiać. Miał swoją paczkę i strasznie potrafił mi działać na nerwach. Ale oboje byli cudowni, choć do ocen Gregorego można się ostro przyczepić. Nic ci powiedzieć nie mogę, bo nie wtrącam się w życie swoich uczniów. A teraz chodźmy na mecz, pan Patterson może się zdenerwować jeśli nie zobaczy cię na trybunach. To jego pierwszy mecz !
Tak właśnie skończyła się ta emocjonująca rozmowa, z której niczego pożytnego Katherine się nie dowiedziała. Szła pospiesznie korytarzami za profesor McCaurtney próbując skupić uwagę na trzymaniu kciuków za Kevina, a nie myśleniu o ludziach, których nie zna. Profesor McCaurtney zajęła miejsce obok Torna Livingstone'a, który miał komentować mecz. Nie brał on udziału w meczu, bo za przewinienia został ukarany przez dyrektora. Szkoda tylko, że Torn był jednym z najlepszych graczy Griffindoru. Na szczęście Malarkey się nad ulitował i Torn dostał ciekawą posadę komentatora. Katherine usiadła pomiędzy Leną trzymającą transparent z godłem Gryffindoru a dziwnie speszonym Ryanem.
-Ona jest jakaś dziwna. - szepnął jej do ucha spoglądając ukradkiem na Lenę. - Boję się jej.
Katherine ciężko było powstrzymać śmiech, ale po chwili skupiła się na drużynach Gryffindoru i Slytherinu, którzy witali się na boisku. Na środku stała profesor Garfield i na dźwięk jej gwizka kilkanaście mioteł wzniosło się w powietrzu. Katherine dopiero teraz oglądając zacięty mecz i słuchając uwag Torna zrozumiała na czym polega quidditch.
-Brian Swenson właśnie ominął Whittaker...Jak jej tam ?...Swędzipięta mimo to zawróciła i rzuciła się na Briana. I o to tłuczek walnął ją w brzuch...Oh to musiało boleć...O nie ! Swenson idioto co ty robisz ! Masz przecież walną drogę ty matole....
-Torn, uważaj co mówisz !
-Oh, przepraszam pani profesor....O TAK ! dwadzieścia do zera dla Gryffidoru ! Nasz nowy pupilek Kevin Patterson pomknął w poszukiwaniu znicza. Znajdź go Kevin, dawaj, dawaj !
-Torn ! Masz być BEZSTRONNY !
-Ale pani profesor przecież....aaaał.....O żesz Slytherin zdobywa dziesięć punktów...Pani profesor czy mogę zrzucić się z tej wieżyczki ?
Cały stadion był pełen różnorodnych emocji. Z jednej strony wszyscy z zapartchym tchem oglądali mecz i kibicowali swojemu domu. Mimo wszystko rozpraszał ich Torn. Wyglądało to dziwnie jak jakaś osoba spadła z miotły, a cały stadion ryknął ze śmiechu.
-Torn, dyrektor dał ci zajęcie komentatora a nie błazna ! - syknęła profesor McCaurtney. - Śledź mecz i przestań być stronniczy !
-O NIECH MNIE KTOŚ USZCZYPNIE ! - zagłuszył całkowicie panią profesor krzycząc radośnie. - KEVIN ZŁAPAŁ ZNICZ ! TAK MOI KOCHANI, GRYFFINDOR WYGRYWAAAA !
Wszyscy spojrzeli w stronę Kevina. Katherine pisnęła wesoło widząc małą skrzydlatą kuleczkę w ręku Kevina. Obok Katherine Ryan skakał z radości, a Lena machała obłędnie transparentem i przy okazji niechcący waląc nim w głowę chłopaka siedzącego obok niej. Wszyscy powstali z trybun. Katherine patrzyła na boisko i wirujących radośnie w powietrzu Gryfonów. Gdy tak stała zwróciła uwagę na tłuczek, który nie zatrzymał się mimo skończonego meczu. Wręcz przeciwnie. Z wielką szybkością mijał słupki i kierował się....w stronę trybun gdzie siedziała Katherine. Po chwili zrozumiała, gdzie dokładnie zmierza tłuczek. Uśmiech spełzł jej z twarzy, ale wszystko wskazywało na to, że nikt nie widzi zbliżającego się zagrożenia. Tłuczek był już na wysokości głowy Katherine i dzieliły ich tylko centymetry.
-REDUCTO !
Ryknęło światło i po chwili tłuczek zamienił się w proch. Większość osób nie zauważyła tego co się stało, ale osoby znajdujące się obok Katherine spojrzały ze strachem na pozostałości po tłuczku leżące pod ławkami. Katherine odwróciła się, a za nią stała profesor Cleveland z różdżką w ręku.
-Moja kochana, nic ci nie jest ? - spytała z troską chowając różdżkę do kieszeni szaty.
-Wszystko dobrze. Dziękuje pani profesor.
-Dasz się może zaprosić na herbatkę do mojego gabinetu.
-Niech pani wybaczy, ale muszę iść świętować z przyjacielem. Dziękuje za zaproszenie. - zbiegła szybko na dół i oboje z Ryanem udali się do szatni i razem z Kevinem już po chwili byli w pokoju wspólnym Gryffindoru.
-Byłeś świetny, na prawdę ! Gratulacje. - rzekła radośnie Katherine, gdy tylko usiedli na kanapie. - Mało jakiemu pierwszoroczniakowi się udaje dostać do drużyny, a co dopiero tak szybko złapać znicz !
-Dzięki Katherine, ale nie wszystkim udziela się ten entuzjazm.
Kiwnął głową na Ryana. Ten siedział na kanapie patrząc na nich podejrzliwie.
-Oczywiście, że się cieszę z wygranej, ale....- zawahał się, a potem powiedział to, co Katherine ziritowało - W Katherine prawie trafił tłuczek...Gdyby nie profesor Cleveland nie byłoby jej tu przy nas.
-ŻE CO ? - spytał zdumiony Kevin. - Nic ci nie jest ?
-Oh, przestańcie ! Po prostu tłuczek zbzikował i tyle. To się pewnie zdarza.
-Nie, wcale, że nie ! Jestem pewny, że ktoś go zaczarował.
-Ryan uważasz, że ktoś chciał mnie zabić ? Nie bądź głupi !
-Ah tak ? Skąd Cleveland pojawiła się tak szybko ? Jakby wiedziała co się zdarzy...
-Teraz to przesadzasz ! Profesor Cleveland jest nauczycielem i nie mogłaby mnie zabić.
-Za bardzo ufasz ludziom. Jesteś z rodziny Wood, nie zdziwiłbym, gdyby ktoś chciał cię zabić !
-Nie mogę cię słuchać !
Katherine ze złością udała się do swojego pokoju. Z całkowicie zepsutym humorem słuchała radosnych wiwatów z pokoju wspólnego. Siedząc na łóżku wzięła do rąk książkę o wojnie, która odbyła się gdy ta miała 3 lata. Czyli wtedy już żyła spokojnie ze swoimi mugolskimi rodzicami, a gdzieś tam jej wujek toczył walkę na śmierć i życie. Katherine miała nie myśleć o małżeństwie Wood, ale te postanowienie było trudne do zrealizowania. Zaczęła wiec przeglądać kartki w poszukiwaniu czegoś co ją zainteresuje. Nic takiego jednak nie znalazła. Poszła więc spać z nadzieją, że następny dzień będzie lepszy. Nic bardziej mylnego. Ryan upierał się przy swoim zdaniu tak więc Katherine i Ryan w ogóle ze sobą rozmawiali. Przez to Katherine czuła się samotna, bo Kevin więcej czasu spędzał z Ryanem jako, że go dłużej znał i w końcu to był jego przyjaciel. Mijały kolejne dni, a Katherine nie mogła się doczekać świąt. Nie zamierzała wracać do domu, jakoś wolała zostać w Hogwarcie, ale mimo tego chciała już grudzień. Perspektywa zostania w zamku bez Ryana była bardzo kusząca. Katherine oddała książkę do biblioteki i nie myśląc już o małżeństwie Wood zaczęła więcej się uczyć. Pan Clark bowiem był bardzo wymagający (tak jak ostrzegał Rick) i pracy domowej zadawał im tonę. Dzieci zamiast grać w różnorodne magiczne gry musieli uczyć się i pisać wypracowania. Katherine nie miała z nimi problemów, a jeszcze lepszy był fakt, że Ryan miał o wiele gorszą sytuację. Nie był bowiem tak dobry dobry z Obrony Przed Czarną Magią jak Katherine i Kevin więc siedział o wiele dłużej przy książkach wyklinając na Clarka i Ricka z Tornem robiącym mu kawały.
-Zostawcie go. - rzekła pewnego dnia Katherine przyglądając się zapracowanemu Ryanowi. - I tak już mu ciężko używać rozumu, a co dopiero jak wy się koło niego kręcicie.
Rick i Torn śmiejąc się zaczęli gnębić innych. Ryan jeszcze bardziej wściekły na Katherine zaczął ją całkowicie ignorować, a więc życie Katherine stało się jeszcze smutniejsze i samotniejsze niż do tej pory. Pewnego dnia niespodziewanie wszystko wywróciło się do góry nogami. Po obiedzie do Wielkiej Sali przyleciały sowy. Wiele osób otrzymało jakieś podarunki od rodziców, gazety, szaty czy nowe książki. Katherine oczywiście nic nie dostała, bo przecież jej rodzice byli mugolami i nie znali się na czarodziejskiej poczcie. Długo się nie musiała tym martwić, bo nie minęło kilka minut od zniknięcia sów, a wiele oczu zostało zwróconych w jej stronę, mimo że Katherine nawet się nie poruszyła. Kevin spojrzał na nią spod Proroka Codziennego, a następnie podsunął jej gazetę pod nos. Katherine spuściła wzrok i aż drgnęła ze zdziwienia. Na pierwszej stronie widniało ruszające się zdjęcie kobiety, którą już Katherine widziała na zdjęciu. Jej włosy jednak nie były takie puszyste i lśniące jak kiedyś, a oczy wyrażały smutek zamiast radości. To już nie była ta sama wesoła kobieta tylko smutna i zaniedbana. Katherine zaczęła czytać to co było napisane pod zdjęciem i coraz bardziej czuła się, jakby miała zaraz zemdleć.
"Świat Czarodziejski szaleje ! Z wielu źródeł wiemy, że na Ulicy Pokątnej w piątek wieczór pojawiła się SAMANTHA WOOD....Tak, tak ta sama Wood, która niegdyś pokonała Sami-Wiecie-Kogo i podobno zginęła. Teraz mamy dowody, że ona na prawdę żyje ! Niestety nie wiemy gdzie teraz jest, bo tak jak szybko się pojawiła tak i szybko zniknęła. Nie wiadomo co robiła na Pokątnej, ale z tego co wiadomo odwiedziła sklep Roosevelta.
-To takie niesamowite. - zwierzył nam się z radością. - Ona tu była ! Prawdziwa Samantha Wood ! Wyglądała inaczej niż kiedyś, ale od razu rozpoznałem w nią małą dziewczynkę niegdyś kupującą u mnie różdżkę !
Nasze pytanie brzmi - Skoro żyje Samantha to czy Gregory Wood też się gdzieś ukrywa ? Powrót wielkich czarodziejów jest najlepszą wiadomością jaką usłyszeliśmy od skończenia wojny. Niech żyją państwo Wood !!"
Katherine aż podskoczyła słysząć mocne uderzenie o podłogę. Odwróciła się. Za nią stała profesor Cleveland, która z wrażenia upuściła szklany dzbanek.
-O mój Boże.... - wyszeptała ze strachem wpatrując się raz na zdjęcie a raz na Katherine. - Reparo.
Dzbanek powrócił do swojej wcześniejszej, nienaruszonej postaci. Profesor Cleveland wybiegła z sali pozostawiając po sobie jedynie zdziwione oczy uczniów i ich szepty między sobą. Katherine marzyła by wybiec tak jak jej nauczycielka. Nie mogła bowiem znieść tych wszystkich oczu wpatrzonych w nią.
-Mówiłem, że to jakaś wariatka. - syknął Ryan, ale nie wyglądał na takiego, który ma ochotę się kłócić. - I co teraz ?
-To tylko moja ciocia nie gapcie się tak ! - powiedziała Katherine i kilka osób odwróciło wzrok. - To dobra wiadomość, prawda ?
-Oczywiście, że dobra, ale mój dziadek chyba przez nią poskradał zmysły. - szepnęła Lena. - Oby nic mu nie było. Tak bardzo lubi spotykać znanych czarodziejów.
I wybiegła podobnie jak profesor Cleveland. Ona zrobiła to jednak bez żadnych emocji, spokojnie, na palcach.
-Jakby już nie był dziwny... - westchnął Ryan. - Moja matka też pewnie teraz siedzi obgryzając paznokcie. Przecież to ważna wiadomość, ale czy ona coś zmienia ?
-Chyba nie. - odparła Katherine i przypominając sobie, że przecież jest pokłócona z Ryanem wyszła z sali. Nie tak spokojnie jak Lena czy dziwnie jak Cleveland tylko normalnie jakby wcale nie wzruszona wiadomością o powrocie Samanthy Wood. Coś jednak głęboko w sercu podpowiadało jej, że to najważniejsza wiadomość jaką kiedykolwiek usłyszała i że będzie miała wpływ na resztę jej życia.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Polubiliście już jakiś bohaterów ?
  • awatar My dreams, my life: Dobra kobieto! Jak to można mieć tak ogromny talent?! Nie no, od pierwszych zdań tej opowieści się zakochałam. I tak samo polubiłam bohaterów i znienawidziłam bohaterów, i ogółem to jest takie fhaiuwerbfhoqihwe ! Poza tym ta historia jest urzekająca i już wysuwam pewne teorie spiskowe dotyczące tego ^^ Ale nie będę ich zdradzać, bo są jak życzenia - powiesz je na głos i się nie spełnią :c No cóż teraz pozostaje czekać do następnego działu tej historii i zobaczyć co się będzie działo ! :)
  • awatar .dance of death .†.: ooo świetne ;) + wbij.
  • awatar Mord-Sith: Genialne ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
  • awatar Gość: "Świt zabarwił niebo kolorami różu i złota."
  • awatar Tranquility.: Haha, "Czuje, jak wozem zarzuca na wyboistej drodze" xD
  • awatar Hayley Riddle: otworzyłam i miałam to samo co na tym obrazku xD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

thriftschop
 
infinitesmilee
 
Jestes przeze mnie nominowana , reszta informacji na moim blogu
 

 
Kolejny dzień został powitany dość radośnie przez namłodszych z Gryfonów. Pierwszoklasiści siedzieli przy stole i większość z nich wprost nie mogła się doczekać Obrony Przed Czarną Magią. Najwidoczniej spodziewali się, że jest to najciekawsza z wszystkich lekcji. Ich entuzjamu nie podzielali jedynie Katherine, Kevin i sam Ryan, który zdążył ich już ostrzec.
-Nie rozumiem czym tu się ekscytować. - rzekł popijając sok dyniowy. - Rick przez całe wakacje wyklinał na nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Podobno ten cały Simon Clark jest najgorszym człowiekiem jaki istnieje na ziemi, a przynajmniej najbardziej bezwględnym i nieuczciwym. Żaden ze starszych uczniów go nie lubi. No może oprócz Ślizgonów. Jest ich opiekunem.
Jak się później okazało słowa Ryana wcale nie mijały się z prawdą. Już na samym początku lekcji Simon Clark przeraził uczniów samym swoim usposobieniem i...wyglądem. Był ubrany w czarną szatę jakby był kapłanem. Włosy też miał czarne i nawet oczy były tego samego koloru. Gdy tylko wkroczył do klasy nikt nie odważył się nawet wypowiedzieć słowa. Pan Clark zmierzył ich wzrokiem mówiącym "kolejne małpy do kolekcji".
-Otwierać książki na stronie 10 ! JUŻ ! - złowieszczy, pełen wyrzutów głos przeszedł całą klasę.
Od tamtej pory nikt nie odważył się nawet podnieść ręki, gdy nauczyciel zadał pytanie. To wszystko wiązało się z tym, że Clark marudził jakim to Gryffindor jest domem nieuków i zabierał co chwilę kilka punktów dla ich domu. Rick miał rację, Clark był całkowicie nieuczciwy. To było wiadome, że chciał, by jego dom zdobył Puchar Domów. Inne domy mogły go jedynie błagać o litość.
Na obiedzie atmosfera nie była już tak wesoła jak rankiem. Każdy, ale to każdy pierwszoklasista znienawidził Obronę Przed Czarną Magią, a profesor Simon Clark stał się nieodwracalnie najgorszym człowiekiem jakiego poznali. Ryan zajadając sałatkę cały trząsł się ze złości. On znał trochę lepiej Clarka dzięki opowieści jego starszego brata i odbytej u niego dzień temu kary. Pan Clark nie zapomniał o tym i oczywiście wspomniał przy całej klasie, że Ryan nadaje się tylko do czyszczenia podłóg, gdy ten nie znał ani jednego zaklęcia obronnego.
-Nienawidzę tego gościa. - wycedził przez zamknięte zęby.
-Ryan, o co ci chodzi ? Czyżbyś nie polubił najlepszego nauczyciela pod słońcem ? - zażartował Rick.
-Nie jest taki zły. Ma w sobie coś śmiesznego. Na jegło tłustych włosach możnabyło by się godzinami ślizgać. Trzeba tego kiedyś spróbować, Rick. - dodał Torn.
Gryfoni wybuchnęli śmiechem i od tamtej pory starali się nie przejmować okropnym nauczycielem i nawałem pracy domowej, którą zadał im, jak to powiedział, po to by "znaleźć w tych małych mózgach choć odrobinę wiedzy".
Następną lekcją były Zaklęcia. Godzina z profesorem Powell była na prawdę przyjemna. Uczyli się prostych zaklęć, a wśród nich było "Wingardium Leviosa"
-Wingardium Leviosa. - rzekła Katherine.
Jej piórko uniosło się powodując u Ryana skwaszoną minę i przyjazne kiwanie głową Kevina. Kolejną lekcją była Historia Magii. Profesor Gryffiths opowiadał o powstaniu goblinów. Katherine rozejrzała się po klasie. Większość uczniów smacznie spała, a pozostali grali w różne gry. Pan Gryffiths nawet tego nie zauważył pochłonięty swoim mało ciekawym tematem lekcji.
-Aaaaaaaaaaale nudna lekcja. - szepnął Ryan nie mogąc powstrzymać ziewnięcia.
Po lekcjach większość Gryfonów udała się na dwór, gdzie kapitan drużyny Gryfonów w quidditchu przyjmował nowych zawodników. Katherine nie zadawała pytań, choć nie miała pojęcia co to za gra. Zajęła miejsce na trybunach. Stadion był ogromny otoczony trybunami i 4 wieżyczkami. Na boisku były 3 wysokie łupki zakończone pętlami, w których spokojnie zmieściłoby się kilka osób. Kevin i Ryan postanowili spróbować swoich sił. Katherine przyglądała im się, ale na początku było to tylko latanie na miotłach więc zaczęła się szybko nudzić. Była tak zmęczona po Historii Magii, chyba raczej tą nudą, że zaczęła ziewać przymykając oczy. Trybuny były puste, więc chyba nikt nie zauważyłby, gdyby ucieła sobie króciutką drzemkę. Niestety Katherine nim zdążyła o tym pomyśleć drgnęła otwierając szeroko oczy. Całkowicie wybudził ją znajomy głos.
-Ta gra wydaje się...dziwna.
Katherine spojrzała na Lenę, która patrzyła na nią z uśmiechem. Jej oczy wyglądały na tak rozmarzone, że Katherine wydawało się, że Lena patrzy przez nią na coś o wiele ciekawszego.
-Oni dopiero zaczynają. - ucięła krótko Katherine.
-Oh tak, wiem. Tata mi opowiadał o quidditchu. Podobno to bardzo brutalna gra i szybka. Dziwne, że oni się tak ociągają. - wskazała głową na kilka osób dryfujących w powietrzu. - Dlaczego nie próbujesz ?
-Ja...Nie nadaję się do takich rzeczy.
-Pewnie tak samo myślałaś jak się tu znalazłaś. A tu proszę, jesteś dobrą czarownicą. To zaklęcie rzucone na Claire...Pierwsze zaklęcie, a tak dobrze ci poszło. Nawet pochodząc z rodziny można stać się kimś wielkim.
-Roosevelt ! - krzyknęła z dołu profesor McCaurtney. - Jesteś mi potrzebna, szybko !
Katherine drgnęła na dźwięk nazwiska, który usłyszała. Czyżby pan Roosevelt gdzieś tu się znajdował ? I dlaczego profesor McCaurtney zwróciła się do niego jak do dziewczyny ?
-Wybacz Kate...chyba mogę ci tak mówić ?...Obiecałam pomóc profesor McCaurtney.
Lena zbiegła na dół i już po chwili pomknęła do szkoły wraz z nauczycielką. Katherine siedziała jak zamurowana....Lena Roosevelt ? To znaczyło, że ten mężczyzna, który sprzedał jej różdżkę to krewny Leny.
-Nie daleko pada jabłko od jabłoni. - szepnęła Katherine.
Nie chciało jej się dłużej oglądać latających plamek mało przypominających ludzi. Zeszła z trybun i ruszyła do szkoły. Tam z trudem trafiła do biblioteki. Zaciągnęła ją tam ciekawość. Przez rozmowę z Leną zaczęła bardziej zastanawiać się nad swoją rodziną. Od Kevina dowiedziała się przecież, że jej krewni niegdyś byli bardzo silnymi czarownikami. Skoro nie po rodzicach to właśnie po nich odziedziczyła zdolności. Jak mocno jednak byli z nią spokrewnieni...To chyba nie miało znaczenia i Katherine się nad tym nie głowiła. Bardziej jednak ciekawiła ją ich historia. Zaczęła zatem przeglądać książki w poszukiwaniu czegoś, co by jej pomogło.
-Pomóc w czymś ? - zaskrzeczała bibliotekarka stając za nią.
-Em....ja... - Katherine nie wiedziała czego tak dokładnie szuka. - Szukam....książki...
-Oh, wiem dziewczyno, ale jakiej ? - bibliotekarka widocznie się niecierpliwiła obserwując kontem oka jakiegoś chłopca czytającego książkę. - A więc czego szukasz ?
-Potrzebuję informacji o małżeństwie Wood.
-Zasłynęli, z tym się mogę zgodzić, ale żeby od razu książkę o nich pisać ? Co prawda mogą być w historii wojny, w której brali udział. Może jest jakaś wzmianka o ich bohaterstwie. - machnęła różdżką, a na stoliku pojawiła się gruba książka.
-Dziękuje.
Bibliotekarka nie dosłyszała tego, bo już była zajęta na drugiej stronie biblioteki. Katherine usiadła przy stoliku i zaczęła przyglądać książkę. Było tam wiele ciekawych wiadomości, a najwięcej podanych było...nazwisk. Rozdziałów było pełno i każdy opowiadał o jakiejś innej grupce walczących...Czarny Pan...Śmierciożercy...Dementorzy...Olbrzymy...Katherine przewróciła kartki o połowę wiedząc, że nie opłaca się szukać małżeństwa Wood w rozdziałach poświęconych tym, co stali po tej złej stronie, choć Katherine korciło, by o nich też poczytać...
-Jest ! - krzyknęła Katherine, ale po chwili ucichła czując na sobie wzrok bibliotekarki.
Na jednej z kartek dużymi literami było napisane SAMANTHA I GREGORY WOOD. Pod napisem było ruszające się zdjęcie, na którym znajdywało się dwoje ludzi. Samantha miała piękne, czarne, kręcone włosy. Długie fale opadały jej na ramiona. Twarz miała bladą z lekkimi rumieńcami na policzkach. Oczy koloru brązowego były duże i wyglądały identycznie do tych co miała Katherine. Rysy twarzy i chuda sylwetka kobiety też łudząco ją przypominały. Katherine przyjrzała się uśmiechniętej kobiecie, a potem przeżuciła wzrok na mężczyznę stojącego obok niej. Trzymał on swoją żonę za rękę uśmiechając się prawie tak promiennie jak Samantha. Jego bujna czupryna zakrywała jego czoło i prawie dosięgała jego zielonych oczu. Gregory był wysokim mężczyzną o potężnej sylwetce. Był lepiej zbudowany niż jego żona, choć ona nie była taką chudzinką jak matka Katherine. Była w sam raz, tak jak i jej mąż. Małżeństwo Wood ogólnie było idealne. Dwoje pięknych ludzi o ogromnych zdolnościach i optymistycznym podejściem do świata. Katherine zjechała wzrokiem do tekstu o dwójce czarodziejów.
"Samantha i Gregory Wood byli czarodziejami uczącymi się w Hogwarcie. Gregory był o dwa lata starszy od swojej przyszłej żony. Z tego co wiadomo, szybko się w sobie zakochali. O ich miłości można było przekonać się dopiero później. Gregory skończył szkołę i zaczął pracować w Ministerwie. Szybko zdobył posadę jako Auror. Samantha skończyła szkolę i od razu zaczęła oficjalnie chodzić z Gregorym. Po jakimś czasie wzięli ślub. Nie znamy żadnych szczegółów ich prywatnego życia. Nie wiemy jak żyli, czy mieli dzieci, jak im się wiodło. Byli zwykłymi czarodziejami, a świat dowiedział się o nich dopiero dzięki wojnie. Gdy wybuchła małżeństwo Wood przyłączyło się do czarodziejów, by pokonać siły zła. Jak się szybko okazało oboje byli bardzo utalentowani i bez problemu pokonywali kolejnych Śmierciożerców. Sam Czarny Pan chciał ich po swojej stronie, ale oni mu się sprzeciwili. Według źródeł Samantha i Gregory Wood stawili czoło samemu Sami-Wiecie-Komu. Stoczyli walkę w lesie, gdy niedaleko na polanie walczyły siły dobra i zła. Śmierciożercy nagle uciekli, a zaklęcia, które rzucił Czarny Pan na biednych ludzi zostały przerwane. Wojna się skończyła. Wszyscy byli pewni, że Czarny Pan zginął. Samantha i Gregory musieli zginąć wraz z nim, bo mimo tylu lat nikt ich nigdy nie spotkał. Zostali pośmiertelnie nazwani "Bohaterami wszystkich czarodziejów"."
Katherine spojrzała na drugą stronę.
"Nigdy nie udało nam się zdobyć żadnych ważnych informacji na temat Samanthy i Gregorego Wood. Niektórzy ich przyjaciele jednak zgodzili wypowiedzieć się na ich temat :
Samantha była sympatyczną, pełną dobra dziewczyną. Od zawsze chciała pomagać innym i nie pragnęła nic w zamian. Nigdy nie znałem kogoś o tak wielkim sercu jak ona. - tak o Samanthie Wood wypowiedział się jeden z uczących ją nauczycieli.
Gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Gregorego bardzo się załamaliśmy. To był nasz przyjaciel. Słynął w szkole z tego, że był dzielny i uczciwy. To był dobry człowiek i przyjaciel oraz świetny kumpel do żartów. Będzie nam go brakowało. - tak o Gregorym Wood wypowiedział się jeden z jego przyjaciół."
Katherine zjechała wzrokiem w dół. Było tam dopisane jeszcze coś tym razem inną czcionką.
"Samantha wraz ze swoim mężem zasłynęła już na początku wojny. Nie chciała nam udzielić wywiadu, ale zdołaliśmy spytać się jej jak bardzo wojna zmienia jej życie. Odpowiedziała nam :
Obojętnie jak skończy się wojna straciłam kogoś na kim bardzo mi zależało. Mam nadzieję, że uda mi się przeżyć jedynie dla tej właśnie osoby...Do tej pory nie wiemy o kim Samantha mówiła. Wiadomo jednak, że i dla pana Gregorego ta osoba była ważna".
-Chyba wystarczy tego czytania, co ? Zaraz zamykam bibliotekę. - syknęła wkurzona bibliotekarka.
Katherine wzięła książkę i postanowiła, że najpierw pokaże ją Kevinowi i Ryanowi. Udała się do pokoju wspólnego Gryffindoru. Tam Kevin i Ryan siedzieli na kanapie dysząc ciężko cali spoceni.
-Kate, nawet nie wiesz co tam się działo. Ledwo żyję, a i tak nie udało mi się przejść. Daje sobie z tym spokój, może za rok spróbuje. - wydyszał Ryan ze wzrokiem wlepionym w sufit. - Przynajmniej Kevin się dostał.
-Ojej, to wspaniale ! - rzekła radośnie Katherine. Kevin uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
-Co tam masz ?
-Emm książkę. - pokazała mu to, co znalazła.
Kevin wraz z Ryanem pochylili się nad książką i zaczęli czytać rozdział, na którym była otworzona. Po paru minutach odłożyli książkę na stół i wlepili swoje oczy w Katherine.
-Ona jest do ciebie taka podobna...
-O co chodziło z tą ważną osobą ?
-Powinnaś spytać się rodziców o nich...
-To byli dopiero bohaterowie, fajną masz rodzinkę...
Zasypali ją zdaniami, które w ogóle nie były potrzebne. Katherine chciała zapytać rodziców, ale oni i tak nic pewnie nie wiedzieli. Była dumna, że ma takich przodków chociaż chciała się o nich dowiedzieć nieco więcej. Najbardziej trapiły ją jednak ostatnie zdania...Kogo Samantha Wood straciła przez wojnę ? To nie mogła być zmarła osoba, bo przecież sama Samantha powiedziała, że chciałaby przeżyć szczególnie dla tej osoby. A po co żyć dla kogoś, kto nie żyje ? Katherine bez słowa udała się do swojego dormitorium, gdzie położyła się do łóżka przeglądając książkę. Zastanawiała się kto jeszcze może coś wiedzieć o małżeństwie Wood i po jakimś czasie wpadła na odpowiedź...
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Dodałam ten rozdział, mimo że przy wcześniejszym było bardzo mało komentarzy. Zrobiłam wyjątek i następne będę dodawać jak będzie co najmniej 5 komentarzy...
Czy mi się wydaje, czy wam się to opowiadanie nie podoba ? Mam wiele pomysłów i nie chcę go tak szybko kończyć i zaczynać jakieś inne ; (
  • awatar Marzycielkaa16: super :D
  • awatar Ciasteczka <3: Mi się bardzo podoba tylko że ze mnie taki leń i niekiedy nie chce mi się komentować, ale to się zmieni :* Bardzo mi się podoba rozdział. Jest zajebisty. Uwielbiam czytać twoje opowiadania. Czekam na nowy :D
  • awatar Guśka..: dobre. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zagłosujecie na nr 5 ? - http://forevermakapaka.pinger.pl/m/17645503
Będę wdzięczna i mogę się odwdzięczyć tylko mówcie jak ;*

P.S. Świetny blog - http://nerlydead.pinger.pl/ Polecam ♥
 

 
Następnego dnia wszyscy Gryfoni tuż po przebudzeni udali się na lekcje. Każdy z nich był ubrany w szatę. Pierwszaki szli przez ciemne korytarze i kręte schody. Hogwart był ogromnym zamkiem i nie tak łatwo było dotrzeć do celu. W końcu zjawili się w odpowiedniej klasie. Przed nimi ustawione były poziomo 3 długie stoły jakby każdy był złączony z 5 normalnych ławek. Krzeseł nie było. Nie to jednak było dziwne. Przy ścianach wisiały różne półki ze słoikami, dumiącymi się substancjami i tysiącami fiolek za gablotką. Każdy z uczniów stanął za wybranym stołem. Katherine wybrała pierwszy wraz z Kevinem, Ryanem i kilkoma innymi osobami. Stali i czekali, ale nic się nie działo. Było już dawno po dzwonku. Chłopcy z tyłu zaczęli rozmawiać o Obronie Przed Czarną Magią, jakby lekcja Eliksirów w ogóle nie była istotna. Ale co mieli robić bez nauczyciela. Ryan skorzystał z i tak już dużego zamieszania i zwrócił się do Kevina.
-Potem mamy lekcję latania na miotłach. Już nie mogę się doczekać ! Tak bardzo chciałbym...AUĆ !!
Ryan dostał w głowę książką, którą trzymała nad nimi pewna kobieta. Wszystkie głosy w sali ucichły. Katherine spojrzała na nauczycielkę. Była to kobieta koło trzydziestki. Miała dziwne blond włosy. Kolor właściwie mało przypominał blond, ale inaczej ich nazwać nie było można. Każdy kosmyk plątał się niesfornie z innymi. Wygłądało to trochę tak, jakby nauczycielka zapomniała o czym takim jak grzebień czy szczotka. Kobieta na sobie miała ubrane normalne spodnie i bluzkę, a na to fioletową pelerynę. Stojąc z książką w rękach wydawała się trochę groźna. Zmierzyła chłopca morderczym wzrokiem, a na jej ustach o dziwo pojawił się przyjaźny uśmiech.
-Co byś chciał ? Dostać szlaban ? To może być łatwiejsze niż ci się wydaje.
Kobieta podeszła do swojego biurka. Spojrzała na każdy ze stolików, a następnie machnęła ręką. Na każdym z 3 stołów stały teraz kociołki i probówki.
-Nazywam się profesor Tasha Cleveland. Jest to mój pierwszy rok w Hogwarcie, tak jak i was, więc jesteśmy w podobnej sytuacji...Na lekcjach eliksirów nauczymy się sporządząć wiele z nich. Powiedzcie mi, jakie znacie ?
Kilka rąk wystrzeliło ku górze. Pani profesor kiwnęła głową na jedną z uczennic.
-Eliksir Euforii. Jak sama nazwa wskazuje dodaje on energii i radości do wszystkiego. - rzekła Kelly Norrington lekko się rumieniąc.
-Dobrze, kochanie. Jakieś jeszcze ?
-Eliksir Skurczający. - odparł Paul Hepburn.
-Eliskir Słodkiego Snu.
-Eliksir Bujnego Owłosienia.
Posypało się dużo pomysłów. Pani profesor przyglądała się wszystkim z uśmiechem, ale Katherine się wydawało, że Celeveland czeka na jedną, ważną odpowiedź. Kate podsunęła pod nos książkę i zaczęła przeglądać kartki.
-Eliksir Wielosokowy. - przeczytała.
Pani profesor błyskawicznie zwróciła na nią wzrok podnosząc się ze swojego skrzypiącego krzesła. Tak, teraz Katherine była pewna. Pani Cleveland to nie kto inny jak kobieta, która na dźwięk wyczytanej Katherine od razu wstała podczas Ceremoni Przydziału.
-Dobrze Katherine. - rzekła nawet nie zaglądając do dziennika.
Ona pamięta moje imię, pomyślała Katherine. Pani profesor przyglądała jej się z nieukrywalnym podziwem.
-Zdobywasz 10 punktów dla Gryffindoru.
Kilka osób wydało z siebie dźwięk w stylu "O tak, brawo Katherine !".
-Oh, przecież to tylko Eliksir Wielosokowy. Nie tak ważny jak na przykład Eliksir Leczniczy czy Wywar Żywej Śmierci. - syknął Ryan.
Wszyscy zwrócili wzrok na niego. Pani Cleveland odwróciła się i machając różdżką napisała na tablicy dużymi literami "Eliksir Wielosokowy".
-Ma pan rację panie.... - zajrzała do dziennika. - Sherman. To Eliksir Leczniczy najpierw powinnam z wami przerobić i tak się stanie. Chcę was tylko ostrzec. - przejechała groźnym wzrokiem po klasie. - Może nie wyglądam, ale mam bardzo oryginalny sposób postępowania. Dopilnuję, abyście przyłożyli się do moich zajęć. Wy nie możecie, ale ja używam dość często Eliksiru Wielosokowego. Dlatego miejcie oczy szeroko otwarte i starajcie się pilnie uczyć. W każdej chwili mogę się zamienić w waszą koleżankę i niechcący podrzucić wam eliksir sprawiający, że zaczniecie wkuwać 24 godziny na dobę. A więc moi kochani, lepiej się przyłóżcie do nauki. Osoba, która ani razu nie zostanie przeze mnie oszukana dostanie pod koniec roku nagrodę. To będzie znaczyło, że zna się na eliksirach i umie odróżnić osobę pod ich wpływem od normalnej.
Ostrzeżenie pani Cleveland nie zrobiło jednak na nikim wrażenia. Wszyscy po lekcji beztrosko wyszli na zewnątrz. Na trawie leżały miotły a pośrodku nich stała kobieta. Włosy miała krótkie, a na ramionach szatę w zielonym kolorze.
-No kochani, szybciej, szybciej ! - krzyczała do dzieci.
Każdy stanął przy wybranej miotle.
-To proste. Powiedźcie po prostu "do mnie".
-Do mnie ! - krzyknęła Katherine tak jak pozostali.
Miotła jednak nie posłuchała i nadal leżała bezwładnie na trawie. W tym czasie Kevin trzymał już swoją w ręku. Katherine znów krzyknęła i tym razem miotła wylądowała w jej ręce. Ryan rzucił na nią posępne spojrzenie nadal próbując przywołać swoją miotłę. Nagle Katherine usłyszała czyjeś piski i wystrzały. Spojrzała w niebo, gdzie Rick i Torn latali na swoich miotłach wystrzelając wszędzie fajerwerki.
-Ah...przepraszam na chwilę...CHŁOPCY ! ZŁAZIĆ MI STAMTĄD, ALBO PÓJDZIEMY DO DYREKTORA !
Korzystając z nieuwagi pani Garfield, która zaczęła się uganiać za Rickiem i Tornem wszyscy pierwszoklasiści próbowali dosiąść miotłę, ale i tak po chwili z niej spadali. No nie wszyscy, bo Ryan nadal męczył się z przywołaniem jej do siebie, a Katherine i Kevin przyglądali mu się próbując dawać mu wskazówki. Ten jednak syczał, że umie sam to zrobić.
-Co za debil ! Nawet miotły nie umie podnieść. - odezwał się czyiś chłopięcy głos.
Cała trójka spojrzała przed siebie. Na przeciwko stała mała grupka na czele z jakimś brunetem. Do jego urody nie możnabyło się przyczepić, gdyż chłopak był na prawę ładny. Co innego powiedzieć o jego oczach, które tryskały wrogością. Były szare, puste, pozbawione uczuć. Na ustach widniał szyderczy uśmiech.
-Mark Whitlock. Mój ojciec jest Ministrem Magii. Wciąż nie mogę uwierzyć, że zezwala Malarkey'owi przyjmować do szkoły mugolaków.
-Ja jestem córką mugoli i wcale się tego nie wstydzę. - wycedziła przez zęby Katherine.
Spodziewała się, że jej słowa okażą się przejawem odwagi, ale raczej głupoty patrząc na zachowanie grupki ze Slytyherina (Katherine poznała, że są Ślizgonami po ich szatach). Każdy z nich zaczął się śmiać jakby usłyszał najlepszy żart świata lub najgłupsze co można powiedzieć.
-Oh, Mark. Mamy kolejną Szlamę do kolekcji. - dodała jakaś rudowłosa dziewczyna wyłaniąc się z grupki.
Katherine nie rozumiała jej słów. Ale po chwili wiedziała, że nie było to nic miłego, gdy Ryan zrezygnował z usiłowania podniesienia miotły. Wyjął z kieszeni różdżką i bez wahania wycelował nią w przerażoną buźkę dziewczynki, która najprawdopodobniej była w ich wieku wraz z Markiem.
-Jeśli jeszcze raz nazwiesz ją Szlamą to zamienię cię w szczura ty okropna....
Nie dokończył. Pojawiła się pani Garfield łapiąc różdżkę Ryana.
-Jesteś taki sam jak twój brat. Idziecie ze mną.
Tak właśnie zakończyła się lekcja. Ryan, Rick, Torn i Ślizgoni powędrowali za panią Garfield, a reszta była zmuszona udać się na obiad. Nawet nie mieli okazji polatać na miotłach.
-Co oznacza słowo "Szlama" ? - spytała Katherine przeżuwając kawałek naleśnika.
Rzuciła pytający wzrok na Kevina. Ten odchąknął i pochylił się w jej stronę.
-Tak nazywa się dzieci mugoli. - odparł cicho. - Jest to coś w rodzaju przekleństwa, ale bardzo nieprzyjemnego. Prawdziwi czarodzieje nie używają takich słów. Mark wraz z Claire uważają się za niewiadomo kogo, bo są czystej krwi.
Akurat do sali weszli wszyscy ukarani. Ryan usiadł obok Kevina nawet nie zerkając na niego czy siedzącą na przeciwko Katherine. Wziął do ręki kurczaka i zaczął go jeść z wzrokiem wlepionym w podłogę.
-Nawet nie mieliśmy jeszcze lekcji z Clarkiem, a to do niego trafiłem za karę. Kazał mi sprzątać całą klasę !!! - wybuchnął w końcu plując kurczakiem.
-Kim jest Clark ? - spytała Katherine.
-Nauczyciel od Czarnej Magii ! Niech ginie w piekle !! - syknął Ryan popijając sok dyniowy.
-Ej ty, Sherman ! Fajnie wyglądałeś czyszcząc podłogę !
Po słowach Marka wszyscy Ślizgoni zaczęli się śmiać, a Claire mu przytaknęła. Wiele osób z Gryffindoru podniosło się od razu w złości. To był dowód na to, że Gryffoni zawsze bronili swoich i Ryan broniąc Katherine wcale nie okazał, że ją lubi. A może jednak ? Katherine chciała się jakoś wynagrodzić, a ponadto miała szczerze dość tej dwójki. Wyjęła z kieszeni po kryjomu różdżkę i małą książeczkę z zaklęciami. Znalazła odpowiednie. Skierowała różdżkę w stronę Claire.
-Densaugeo. - szepnęła.
Mark zaczął krzyczeć widząc jak przednie zęby Claire zaczynają się wydłużać z niewyobrażalną prędkością. Nie tylko Gryffoni, ale też Puchoni i Krukoni ryknęli śmiechem, a Claire wyleciała pospiesznie z sali. Katherine schowała z uśmiechem różdżkę do kieszeni. Odruchowo spojrzała na stół nauczycielki. Pani Cleveland patrzyła na nią. Och, musiała zauważyć jak Katherine rzuca zaklęcie na Ślizgonkę. Jednak ku uciesze Katherine pani profesor jedynie uśmiechnęła się puszczając jej oczko i pochłonęła się z rozmową z panią McCaurtney. Katherine spojrzała na Ryana, który po raz pierwszy szczerze się do niej uśmiechnął. On też musiał zrozumieć, że to sprawka Katherine. Widać po nim było, że jest jej wdzięczny. Ta zarumieniła się lekko, a przez resztę dnia wysłuchiwała jak wszyscy plotkują o olbrzymich zębach Claire Levison.
-Wyjaśnisz mi w końcu o co chodzi z tym rodem Woodów ? Wszyscy wiedzą więcej o tym niż ja sama.
Katherine nie wytrzymała, bo mimo że o tym zbytnio nie myślała to jednak chciała poznać prawdę. Akurat siedzieli obydwoje z Kevinem w pokoju wspólnym Gryffindoru. Był już wieczór, reszta osób albo się włóczyła po szkole, albo siedziała w swoich dormitoriach albo w pokoju wspolnym. Tam jednak było zaledwie tylko kilka osób grających w jakieś magiczne gry. Ryan, Rick i Torn odrabiali drugą część kary przerwanej jedynie z powodu obiadu.
-Kilkanaście lat temu władzę nad światem magicznym przejął potężny czarnoksiężnik. Miał on swoją...można powiedzieć...armię i był niepokonany. Większość czarodziejii albo przeszła na jego stronę albo zginęła śmiercią tragiczną. Byli też ci, którzy postanowili przeciwstawić się złym mocom. Wśród nich było małżeństwo Wood. Oboje byli bardzo silnymi czarodziejami. Ci, którzy to przeżyli mówią, że małżeństwo Wood stawili czoło samemu Sama-Wiesz-Komu. Odbył się wielki pojedynek, a potem...Bum ! Nie wiadomo co się stało. Niektórzy mówią, że cała trójka zginęła. Do dzisiaj nie ma po nich żadnego śladu. Słudzy Sama-Wiesz-Kogo wrócili na naszą stronę lub trafili do więzienia dla czarodziejów, Azkabanu. Małżeństwo Wood jest bardzo znane i uważane za silnych czarodziejów stąd te zdziwienie na twój widok.
-Emm...rozumiem. Fajnie mieć nazwisko po kimś tak wielkim.
-Ta, a i nie przejmuj się Ryanem. On jest po prostu zazdrosny, tak samo ma w domu. Podobno jego bracia są lepiej traktowani i w szkole też czuje się gorszy. Ale on cię lubi, jestem pewien.
Kevin poklepał Katherine po ramieniu, a następnie udał się do swojego dormitorium. Katherine skuliła nogi siedząc na kanapie. Wlepiła wzrok w ogień szalejący w kominku z lekkim uśmiechem na twarzy.
  • awatar Gość: FUCK ale mam zaległości ;C
  • awatar Ciasteczka <3: to po prostu zajebiste :* Chce kolejne :D
  • awatar abyss.: woo fajnie się to czyta :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Katherine obudziła się w poniedziałek z samego ranka. Zjadła śniadanie choć z wielkim trudem, bowiem miała całkowicie ściśnięty żołądek ze stresu. Nie ma jej się co dziwić. Właśnie tego dnia miała opuścić swój rodzinny dom i wyjechać na 10 miesięcy do szkoły nie wiadomo jak bardzo oddalonej od Londynu. Tuż po śniadaniu państwo Wood wpakowali wszystkie rzeczy Katherine do samochodu zawieźli ją na dworzec King Cross. Już miało być tak pięknie, gdy nagle Katherine zrozumiała, że nie wie gdzie jej pociąg. Stała między peronem 10 a 9, a przecież w liście z Hogwartu było dokładnie napisane "peron 9 i 3/4".
-Ale skąd te 3/4 ? - pomyślała Katherine.
Dziewczynka stała wpatrzona raz w napis "peron 9" a raz w tabliczkę z "peronem 10". Z rozmyślań wyrwał ją cichy, spokojny głos.
-Nie wiesz jak trafić ?
Katherine odwróciła wzrok. Obok niej stała dziewczynka tego samego wzrostu co ona. Miała długie i kręcone jasne włosy. Niebieskie oczy wpatrywały się w Katherine, a usta delikatnie się do niej uśmiechały.
-To proste.
Dziewczynka złapała Kate za dłoń. Katherine jedynie zdążyła pomachać drugą ręką na pożegnanie rodzicom. Jej towarzyszka zaczęła powoli iść w stronę barierki. Katherine była pewna, że zaraz skręcą, ale jednak bardzo się myliła. To żart ? Mają walnąć w ścianę ? Ależ nie, zdarzyło się coś niesamowitego. Katherine nawet nie poczuła, że dotyka barierkę. Przeszła przez nią jak przez powietrze. Już po sekundzie znajdywała się na dworcu, ale tym razem tabliczka głosiła napis "peron 9 i 3/4". Kate poczuła, że jej ręka jest całkowicie wolna. Gdy się odwróciła tajemniczej dziewczynki już nie było. Zamiast niej po peronie chodziło pełno dzieci w wzroście Katherine, ale i o wiele większych. Dziewczynka weszła do pociągu, a następnie zajęła jeden z wolnych przedziałów. Po chwili pociąg ruszył, a na peronie zostało tylko kilka rodziców machających dzieciom na pożegnanie.
-Mogę się dosiąść ?
Katherine odwróciła wzrok. W drzwiach stał chłopiec nieco wyższy od niej. Miał ciemne włosy, jasną cerę i zielone oczy. Ubrany był w mugolskie ubrania, a w ręku trzymał klatkę z szarą sową.
-Tak.
Chłopiec usiadł na przeciwko Kate kładąc obok siebie sowę. Już chciał coś powiedzieć, zapewne się przedstawić, gdy nagle przerwał mu inny chłopięcy głos.
-Kevin, tu jesteś ! Wszędzie cię szu....
Przerwał zauważywszy Katherine. Dziewczynka bez problemu go rozpoznała. Był to ten sam chłopiec, którego spotkała w Dziurawym Kotle. Włosy miał w kolorze ciemnego blondu. Jego oczy były niebieskie, a twarz wydawała się strasznie blada. Chłopiec najwyraźniej zawstydził się, bo usiadł obok Kevina nic nie mówiąc. Był swoją drogą od niego ciut wyższy.
-Jestem Kevin Patterson, a to jest Ryan Sherman. - rzekł z uśmiechem Kevin.
-A ja Katherine Wood.
Kate była pewna, że pan Roosevelt coś sobie ubzdurał. Że to stary facet, który ma nie po kolei poukładane w głowie. Zaczęła jednak wątpić w słuszność postawionej przez siebie tezy, gdy wypowiedziała swoje imię. Ryan zareagował podobnie do pana Roosevelt'a. Zamiast jednak wywrócić pudełka z różdżkami on wywrócił na ziemię klatkę z sową. Ta oczywiście wyleciała z niej i zaczęła latać dookoła chcąc uciec z przedziału. Katherine, Kevin i Ryan próbowali ją złapać. W końcu po paru minutach walki Kevin nieco podrapany wepchnął ją do klatki. Dzieci usiadły próbując złapać oddech.
-Dlaczego tak zareagowałeś ? - spytała w końcu Kate nie mogąc wytrzymać krępującej ciszy.
-P-przecież to wiadome. Masz takie samo nazwisko jak słynna para czarodziejów.
Najwidoczniej tylko Kevin i Ryan zrozumieli sens tych słów. Katherine zaczęła cichotać zdając sobie sprawę, że świat czarodziejów jest dziwniejszy niż jej się wydawało.
-To tylko nazwisko. Tysiące ludzi na świecie takie ma. Moi rodzice są mugolami, a wujek nie żyje już od dłuższego czasu.
Ten argument najwidoczniej poskutkował, bo chłopcy nie poruszyli już tego tematu. Po chwili po korytarzu zaczęła chodzić jakaś czarownica z wózkiem pełnym słodyczy. Cała trójka kupiła sobie parę przysmaków i przez całą podróż jedli słodycze rozmawiając o tym co czeka ich w szkole. Dzieci tak pochłonęła rozmowa, że wydawało im się, że pociąg dojechał już po kilku minutach po wyjeździe. Wszyscy razem stali teraz na trawie przed rozciągającym się jeziorem. Nie mogło minął kilka minut, bo niebo było już prawie całkiem pokryte ciemnymi chmurami.
-Nazywam się Gregor Shaw. Jestem dozorcą i moim obowiązkiem jest dostarczenie was do szkoły żywych...lub w kawałkach.
Odezwał się wysoki mężczyzna o bardzo zmęczonej twarzy i zniszczonych ciuchach. Zapanowała cisza. Pan Shaw wyglądł tak strasznie, że mało kto uważał jego słowa za żart. Mężczyzna uśmiechnął się tak, jakby ucieszył go strach wśród uczniów. Następnie rozkazał wszyskim wsiąść do łódek. Katherine wsiadła do jednej z Kevinem i Ryanem. Łódki poruszały się same sterowane czarami. Płynęli przez wielkie jezioro.
-Ależ on piękny ! - rzekł cichutki głos.
Katherine spojrzała w bok. W łodzi obok znajdywała się ów dziewczynka, która pomogła jej dostać się na peron 9 i 3/4. Siedziała z innymi uczniami wpatrując się w coś. Katherine spojrzała w tamtą stronę i aż zamarła z zachwytu. Przed nimi, na wielkiej wyspie wznosił się piękny, ogromny zamek. Uczniowie wysiedli z łódek i ruszyli pospiesznie w stronę szkoły kierowani przez pana Shaw. Weszli do zamku, który wewnątrz był równie wspaniały. Przed dziećmi wznosiły się ogromne schody. Na nich stała wysoka kobieta w kapeluszu i spiętych w kok włosach. Miała na sobie coś w rodzaju czarnej sukni i nawiniętą pelerynę. Patrzyła na uczniów groźnym wzrokiem, ale nie była tak przerażająca jak pan Shaw, który nagle zniknął.
-Witam was w pierwszym roku nauki w Hogwarcie. Nazywam się profesor Eleanor McCaurtney, zastępca dyrektora. Zapraszam was do Wielkiej Sali, gdzie zostaniecie przydzieleni do domów.
Pani profesor zaczęła prowadzić dzieci przed długi, mroczny korytarz. Katherine nie do końca zrozumiała o co chodzi z przydzieleniem do domów, ale szła posłusznie obok dziewczynki w blond włosach. Chciała się jej spytać jak się nazywa i skąd wiedziała jak przejść na peron 9 i 3/4, gdy nagle profesor McCaurtney otworzyła wielkie, mosiężne drzwi. Nie było żadnych wątpliwości, dlaczego to miejsce nazywało się Wielką Salą, bowiem było ogromne. Przez prawie całą salę przebiegały 4 długie stoły, przy których siedzieli uczniowie. Na samych końcu, troch wyżej znajdował się 5 stół, przy którym zasiedli nauczyciele. Profesor McCaurtney zaprowadziła uczniów pod schodki wiodące właśnie do 5 stołu, a następnie kazała im się odwrócić w stronę uczniów. Kilkaset par oczu wpatrywało się teraz w nich. Po chwili jednak to stało się mało istotne. Pani profesor postawiła przed nimi stołek, a na nim...kapelusz.
-To jest Tiara Przydziału. Osoba wyczytana siada na stołek. No to zaczynamy....Nelly Evans.
Ze strachem w oczach z tłumu pierwszoroczniaków wyłoniła się brązowowłosa dziewczynka. Usiadła na krześle cała się trzęsąc. Profesor McCaurtney nałożyła jej na głowę Tiarę. Po chwili Tiara Przydziału przemówiła co całkowicie zaskoczyło Katherine.
-Ravenclaw ! - krzyknęła niskim głosem Tiara.
Przy jednym ze stolików wybuchnął wrzask i posypał się stos oklasków. Nelly w podskokach usiadła przy tym stoliku witana po kolei przez każdego ucznia Ravenclawu. I tak było z każdym uczniem. Alexia Adams trafiła do Hufflepuffu podobnie jak Taylor White. Slytherin powitał Ricka Harvey'a.
-Katherine Wood.
Wszystkie oklaski ucichły. Było słychać tylko niewielkie szepty. Ze stołu nauczycielskiego podniosła się jakaś kobieta. Katherine nie za bardzo ją widziała, bo była zasłaniana przez profesor McCaurtney. Czyżby jednak i ta kobieta miała obsesję taką jak pan Roosevelt czy Ryan ? Katherine nie zastanawiając się nad tym usiadła na stołku. Poczuła na głowie Tiarę, która zaczęła coś mamrotać pod nosem.
-Będzie z ciebie dzielna czarownica, taka sama jak twoi przodkowie. - szepnęła, a następnie dodała tak donośnie, że musieli to słyszeć nawet ci znajdujący się po drugiej stronie jeziora. - GRYFFINDOR !
Przy jednym ze stolików wszyscy zaczęli klaskać i krzyczeć głośniej niż w poprzednich przypadkach. Gdy tylko Katherine zajęła miejsca wszyscy zwrócili ręce w jej stronę lub zaczęli klepać ją po plecach.
-Jak dobrze, że mamy w Gryffindorze kogoś z rodu Wood ! W tym roku zdobędziemy Puchar Domów na 100 % ! - rzekł uradowany jeden z chłopaków. - Jestem Rick Sherman.
Katherine dobrze go pamiętała. Pierwszy raz go zobaczyła, gdy razem z Ryanem spędzał czas w Dziurawym Kociole. Chłopak był bardzo podobny do swojego młodszego brata. Miał takie same włosy o kolorze blond. Z twarzy był jednak bardziej dojrzały i nieco wyższy.
-Ona nawet nie wie o co chodzi z tym rodem Wood. - dodał od niechcenia Ryan.
Dziewczynka dopiero teraz zauważyła, że jej kolega też trafił do Gryffindoru. Jednak mało kto go powitał, bo wszyscy byli zajęci Katherine. Ryan siedział na przeciwko niej wlepiając w nią morderczy wzrok. Już w pociągu Ryan wydawał się dziwny w stosunku do Katherine. Jednak dopiero teraz dziewczynka zrozumiała, że chłopiec za nią nie przepada.
-To jej wyjaśnimy, co za problem.
Obok Katherine usiadł Kevin z uśmiechniętą buzią. On też trafił do Gryffindoru i najwidoczniej był z tego dumny.
-Gryffindor to dobry dom ? - spytała Kate.
-Dziewczyno ! Najlepszy ! Gryfonami zostają osoby dzielne, uczciwe, szczere i odważne. I dlatego dziwię się, że on tu trafił.
Rick wskazał głową na Ryana. Wszyscy w ich pobliżu zachichotali. Rick wydawał się zabawną i miłą osobą, tak samo jak Kevin. To znaczyło, że Katherine dobrze trafiła i na towarzystwo narzekać nie będzie musiała.
-Skoro ceremonia przedziału się już skończyła to chyba mogę nareszcie zabrać głos. - rzekł starszy pan siedzący na środku stołu nauczycielskiego.
-To Joseph Malarkey, dyrektor szkoły. Lepiej go unikaj, jest zdrowo świrnięty. - szepnął Rick zerkając na Katherine.
-Witam wszystkich zarówno tych, co goszczą tu już od dawna oraz tych, którzy dopiero co zaczynają czarodziejską przygodę. Ten rok nie jest jakiś wyjątkowy tylko taki jak inne, ale zmieniły się trochę zasady. Pan Shaw ma naprawdę dość błąkających się po korytarzach i podwróku uczniów. Dlatego proszę was, abyście nie wychodzili po 21 ze swoich dormitoriów. Oczywiście Hogwart jest bardzo bezpieczny, ale niepotrzebni nam uczniowie spacerujący po korytarzach, gdy inni chcą już spać. I to wszystko. Smacznego.
Katherine spojrzała na swój talerz. Był zupełnie pusty tak jak i wszystkich innych.
-"Hogwart jest bardzo bezpieczny" - zacytował dyrektora Rick - Ale by mu broda opadła, gdyby coś się tu wydarzyło. Ale tu prawie nic się nie dzieje. No tylko ja i Torn trochę umilamy innym czas.
Przybił piątkę ze siedzącym obok niego chłopakiem. Miał on ciemne włosy i dobrze zbudowaną posturę. Katherine znów spojrzała na stół i aż zamarła ze zdziwienia. Na stole błyszczało od półmisków pełnych rozmaitych potraw. Katherine czując jak burczy jej w brzuchu zaczęła sobie nakładać pare potraw, a następnie z ochotą je jeść. Po kolacji jeden ze starszych uczniów zaczął prowadzić przez korytarze całą grupkę Gryfonów.
-Jestem prefektem, macie mnie słuchać ! Za mną Gryfoni ! Nie oddalać się ! - krzyczał z podniesioną głową.
-Oh, jestem prefektem...oh jestem taki cudowny. - zaszydził Rick.
Oboje z Tornem śmiali się w niebogłosy żartując. Katherine chichotała idąc powoli idąc za nimi. Po paru minutach dotarli do końca schodów. Stali teraz przed potretem otyłej kobiety, która ruszała się tak jak inne portrety. Robiło to na prawdę duże zaklęcie.
-Zgniłe ślimaki.
Na dźwięk tych słów potret otworzył się ukazując wszystkim ogromną dziurę. Każdy zaczął po kolei przez nią przechodzić. Katherine zrobiła duży krok i już po chwili stała w wielkim salonie. Z jednej strony znajdywała się kanapa, fotele oraz kominek, a z drugiej stoliki.
-Chodź, pokażę ci twój pokój.
Na schodach stała dobrze znana Katherine dziewczynka. Kate poszła niepewnie za blondynką. Po kilku sekundach wspinania sie po krętych schodach doszli do pokoju z 5 łóżkami. Przy jednym z nich stały rzeczy Katherine.
-Lena, chodź na chwilkę ! - zawołał ktoś z dołu.
Dziewczynka spojrzała na Katherine, uśmiechnęła się przyjaźnie, a następnie zbiegła na dół. Katherine położyła się na swoim łóżku wpatrując się w sufit. Pan Roosevelt, Lena, Kevin, Ryan, Rick, Torn...Kate poznała tego dnia poznała wiele nowych ludzi. Każdy z nich jest inny, ale dzięki temu na swój sposób ciekawy. Katherine uznała ten dzień za wyjątkowy i wprost nie mogła się doczekać pierwszych zajęć. Spojrzała na plan lekcji leżący na szafce. Pierwsze miały być zajęcia...eliksirów.
  • awatar Joł zią ♥ !: Extra ♥ Co Katherine ma wspólnego z rodem Wood ? Ciekawi mnie to ; ] . I coś czuję, ze Lena będzie moją ulubioną bohaterką ; d
  • awatar Anna Margaretta: kocham twój blog ♥
  • awatar Ciasteczka <3: Super rozdział :D Bardzo mi się podobało. Ciągle mnie zastanawia co ma wspólnego Katherina z tym rodem Wood? Pisz szybko nowy rozdział chce przeczytać co będzie nowego :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›